na szlaku...



Witamy na szlaku. W dziale tym publikujemy zapiski ludzi gór, ich przeżycia, przemyślenia, smutki i radości związane właśnie z wędrówką na szlaku...
Zapraszamy do nadsyłania swoich histori, opowiadań, przemyśleń a także zdjęć ze szlaku...
Na wszystko znajdzie się miejsce...
 

Bliżej chmur...
Kiedy wyruszaliśmy na szlak, zazwyczaj zadawaliśmy Jackowi dwa standardowe pytania:
1. Dokad idziemy?
2.Jak długo będziemy szli?
Ale już po pierwszych dniach odpowiedź na drugie pytanie przestawała mieć znaczenie...
Już samo wejście na Grzesia pokazało mi, że czas nie ma najmniejszego znaczenia, najważniejsze to wejść tam na samą górę i zobaczyć wszystko z innej perspektywy.
Przestały się liczyć godziny i dni, co dla pracoholika spędzającego 10 z 8 godzin w pracy dziennie ma ogromne znaczenie...

Byliśmy tylko My : Jacek Wodzu, Kuba, Marzena z Michałem i Marlena z Karolem, Ja z moim najukochańszym mężczyzną Krzysztofem, któremu ogromnie dziękuję za to że był obok swojego Złośnika...
Następnie skierowaliśmy się na Rakoń i Wołowiec, który okazał się sporym wyzwaniem, ponieważ zimno i zmęczenie dawały już o sobie znać, a także poobcierane nogi i odciski na spotach u niektórych z nas nie były zbyt pomocne po cało dniowym marszu...

Ostatecznie pytanie:
Krzyś. : Damy radę. Idziemy ?
Natalia.: Idziemy, damy radę tam na górę, ale ja już nie schodzę

Według drogowskazu 30 ale z dopingiem Jacka 26 minut puźniej cieszyliśmy się niemiłosiernie już na górze. (cieszyliśmy się również krótko, bo wodzu kazał schodzić zamiast się wygłupiać bo było puźno a przed nami były jeszcze trzy godziny zejścia). W tym miejscu również podziękowania dla Jacka za użyczenie kurtki, dzięki której nie zamarzłam na kostkę lodu wchodząc do góry
Po dłuuugim zejściu dotarliśmy do schroniska...
Wieczór zapowiadał się ciekawie...
Było cudnie, nie czułam nóg, równie dobrze mogłam się turlać po ziemi.
Poprawił mój stan cieplutki prysznic w schronisku, szybka kolacyjka i masaż stópek,no i wieczorne granie i śpiewanie z gitarą przy świetle schroniskowej żarówki na drucie wystającym ze starego sklepienia...
Przesunęliśmy nieznacznie ciszę nocną, z cztero osobowego pokoju zrobiliśmy ośmio osobowy po czym nastąpiło kultowe złączanie łózek (my nie damy rady ?).
Najbardziej o swoje życie obawiał się Kubuś, który swoje spanko miał na środku trasy tranzytowej. Nie wykorzystał jednak żadnej z naszych rad (rozstawienie namiotu, lampek solarnych, zasieków, czołówki) żeby się ustrzec ewentualnych wypadków więc przez resztę wieczoru pozostaliśmy nieporuszeni (prawie – do czasu kiedy Krzysztof nie nadał Kubie nowej ksywki – Miniratka). Żeby podkręcić atmosferę zapaliliśmy sobie romantyczne czerwone światełko i śmialiśmy się, w granicach dopuszczalnej przez przyjętą już przez nas oficjalnie ciszę nocną normy, z bandy Jezusa, Rudego i krzyżówki z hasłem na czele „w składzie mydła na trzy litery?”.
Piękny to był wieczór...

Rano zdecydowaliśmy się zjechać w dół i zrobić małą zamianę z powodu opuchniętych nóg dziewczyn. Postanowiliśmy że dziś pojedziemy do Aqua city a jutro ''zrobimy'' trase zaplanowaną na jutro. Tak też postąpiliśmy...
Poranny zjazd rowerami ze schroniska Doliną Chochołowską nie był nam straszny - to niczym normalna trasa polskimi drogami - tyle, że mniejszy ruch i brak korków – a w perspektywie trzygodzinny pobyt na basenie w Popradzie…
Na miejscu byliśmy koło godz. 14.00 .
Czas start – i oto ósemka dorosłej młodzieży zamieniła się w oszalałe dzieci. (W sumie ta transformacja nastąpiła już o 18 na dworcu Gdynia Główna w dniu wyjazdu, ale dobrze jest przez jakiś czas zachowywać pozory, bo trend był dosyć widoczny).

Na pierwszy ogień poszły zjeżdżalnie! Zamiast przejść (jak kierunkowskazy nakazują)spokojnie korytarzami - wybiegliśmy wszyscy na zewnątrz (na skróty?) a biegnąc nasze przyśpieszenie było wprost odwrotnie proporcjonalne do temperatury na zewnątrz. Po ogólnych szaleństwach nastał czas relaxu w basenie termalnym, gdzie wśród 200 ściśniętych jak sardynki przy krawędziach basenu niemieckich turystów, ucinaliśmy sobie drobne pogawędki o…kolacji .
Na basenie, warto wspomnieć, spotkaliśmy również dziwne osobistości jak Mistrz Shaolin w szlafroku/podomce w kwiaty czy Pani pływająca o kuli...

Na Czerwonych Wierchach.
Po graniczącym z cudem wjeździe na Kasprowy (za nasz cud dziękujemy Marzenie i Michałowi i wszystkiemu co sprawiło, że Michał postanowił wstać po piątej rano…) ruszyliśmy na Czerwone Wierchy. Z małymi przerwami, trzymaliśmy się dzielnie razem. Myślę, że jesteśmy jedyna grupą o której opowiadano legendy. Któż inny podczas wyprawy organizował sobie obiady na szczycie: obrusik, kanapeczki z dżemorem, mielonką i paprykarzem.Czekoladki, batoniki… na bogato. Do historii przeszedł komentarz Jacka skierowany do Kuby sprzątającego po obiedzie obrus: Gdzie Ty Polskę zaśmiecisz?! Na Słowacką stronę to wytrzep ! Zyskaliśmy też grupowy status „Gej frendli” do czego przyczyniły się zaloty? chłopaków
Tutaj miejsce dla mojego najukochańszego menża. Do histori przeszło liźnięcie ucha na Ciemniaku...
Ze swojej strony, pragnę równie gorąco co moje ukochane słoneczko podziękować wszystkim uczestnikom Pierwszego Rajdu Tatrzańskiego, za stworzenie niezapomnianej atmosfery wyjazdu. Niewiele pozostaje mi do dodania, ponieważ powyższy tekst w znacznym stopniu ukazuje jak wspaniale się bawiliśmy. Wiem jedno, ten wyjazd rozbudził nasz apetyt i chcemy więcej....duużo więcej wspólnych radosnych chwil wspinając się na piękne Polskie góry.
Także tego….
Tegoroczne wakacje zaliczamy do tych najbardziej udanych.
Miło jest spędzać czas w gronie fajnych ludzi, równie szalonych i z tak ogromnym poczuciem humoru. Wielkie dzięki:
Jackowi za zmysłowy taniec w busie, solówki przy ognisku i prowadzenie w górach, Kubie za ukazanie nam owiec z innej (uśmiechniętej)strony, Marzenie i Michałowi za przewodnictwo, Marlenie za uśmiech, Karolowi za przecudną fotorelację.
Dziękujemy Wszystkim razem i każdemu z osobna a Ciastkowi wśród całej listy zasłóg za udane poszukiwania...

Z Taternickim pozdrowieniem
Natalia Pozlewicz i Krzyś Kaszuba



                                                                       


Zawrat...
 Nie jest to zbytnio męczący szlak. Dech w piersiach zapierają jedynie roztaczające się z niego widoki. Wyruszając z Doliny Pięciu Stawów Polskich mijamy kolejno wszystkie jeziora po swojej lewej stronie. Zadni Staw który to jest najbardziej ocieniony otaczającymi go górami, nawet jeszcze w czerwcu bywa niekiedy skuty topniejącym, kruchym lodem. Wygodny, wyłożony kamiennnymi stopniami szlak wznosi się łagodnie ku grzbietom Orlej Perci. Grzbiety te uchodzą za najbardziej wymagający szlak turystyczny w Tatrach Polskich. Mam go dziś przeciąć w poprzek, przechodząc przez Przełęcz Zawrat (2159mnpm) w kierunku Hali Gąsienicowej. Pogoda wymarzona na wędrówkę z plecakiem. Nie pali słońce, ukryte za chnurami szczelnie zasnuwającymi niebo. Nie pada też deszcz, wieje tylko lekki, orzeźwiający wiatr.
Po około dwóch godzinach równomiernego marszu dochodzę do Przełęczy Zawrat, na której krzyżują się dwa piesze szlaki. Choć każdy się tu na chwilę zatrzymuje, nie ma zbyt wielkiego tłoku. Ci, którzy wchodzą od Hali Gąsienicowej, mają lekka zadyszkę, ponieważ musieli się wspinać po niemal pionowej ścianie. Za chwilę będę szedł tędy na dół. Ci, którzyschodzą z Koziego Wierchu i ci którzy schodzą ze Świnicy mają szeroko otwarte oczy. Musieli tam chyba widzieć jakieś cuda albo się czymś przerazić. Po krótkiej rozmowie z sąsiadem siedzącym koło mnie na kamieniu okazuje się, że jedno i drugie. Pierwszy raz podziwiali takie widoki, jakie stamtad się rozciągają i pierwszy raz wędrowali tak ostrym, stromo ściętym grzbietem.
Czas ruszać dalej, bo po dłuższym postoju zaczyna doskwierać chłód. Schodząc z Zawratu odnoszę wrażenie jakbym opuszczeł się w głąb studni. Zejście jest strome, miejscami niemal pionowe, a czasem bardzo wąskie. Turyście idącemu przede mną plecak zaklinowuje się miedzy skałami. Pomagam mu się uwolnić. Nie mija króka chila a sam potrzebuję czyjejś pomocnej dłoni, bo schodząc, trzymając się łańcucha tracę nagle grunt pod nogami. Małe potknięcie o ruchomy kamień i zzwisam bezwładnie nad przepaścią. Naprężony łańcuch dynda jak wahadło. Próbuje oprzeć się stopami o skałę, ale ciężar plecaka ciągnie mnie w przeciwną stronę. Znów odrywam się od podłoża i wiszę nad głęboką przepaścią. Powtarza się to kilka razy, aż ktoś idący z dołu zatrzymuje ten szaleńczy ruch, łapiąc mnie za buty i opierając pewnie o skałę. Śmiejąc się z tego wypadku ruszamy każdy w swoją stronę. Droga robi się coraz wygodniejsza, pojawia sie zieleń trawy i kosodrzewina, zza której wyłania się malowniczy Czrny Staw Gąsienicowy, a za nim cel mojej dzisiejszej drogi - Hala Gąsienicowa ze Schroniskiem „Murowaniec“.
Chmury na niebie robią się coraz ciemniejsze i gdy siędzę już wygodnie pod dachem zrywa się burza z ulewą.
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że przecież mógłbym teraz leżeć pogruchotany gdzieć w przepaści, wystarczyłoby tylko nie dość mocno trzymać się łańcucha.
Do schroniska wchodzą grupki przemoczonych do ostatniej nitki turystów. Ktoś przynosi gitarę i po chwili słychać znane dzwięki piosenek turystycznych i poezji śpiewanej. Postanawiam poójść do recepcji po drógą gitarę którą zobaczyłem tam meldując się w schronisku na noc. Wracam po chwili, dosiadam się i teraz już cała sala schroniskowej stołówki tonie w dzwiękach z Krainy Łagodnosci oraz zapachu herbaty...
Może to dziwne, ale na co dzień, człowiek nie umie tak jak tu, cieszyć się z tego, że jeszcze żyje, że mu ciepło, że jest suchy, że ma dach nad głową i coś do zjedzenia...



Widok z Zawratu w strone Hali Gasienicowej


Widok z Zawratu w strone Doliny Pieciu Stawow Polskich

 

Rusinowa Polana...
Pociąg skończył bieg...
Po okolo dwunastu godzinach w pociągu wysiadamy na dworcu w Zakopanem.
Spoglądam na Tatry, w oku kręci się łza radości.
Przeszywa mnie myśl: znów jestem w domu.
Pakujemy sie z Jasiem do busa i już śmigamy do Bukowiny Tatrzańskiej. Na progu czekają już zaprzyjaźnieni od lat gospodarze. Pani Danka prowadzi do dobrze znanej juz nam „jedynki“. Rzucamy plecaki, szybki prysznic,herbata z gospodarzami na polu, chwila rozmowy, przepakowanie plecaków i w drogę...
Jak zawsze pierwszego dnia pobytu w Tatrach udajemy sie na Rusinową Polanę i na Wiktorówki by przywitać sie z Królową Polskich Tatr i poprosić o bezpieczne i szczęsliwe wędrowanie po górach i o następny powrót....
Wychodzimy do Bukowiańskiego „Klina“ gdzie po chwili czekania na przystanku pojawia się mały busik. Wsiadamy. Przez otwarte okna czuć zapach świeżo skoszonej trawy i suszącego się siana. To doznania nieznane w mieście. Po kilku minutach wysiadamy przy Wierchu Porońcu. Znowu na szlaku... Idzie sie wygodnie utwardzoną ścieżką niekiedy tylko przeskakując małe cieki wodne. Na przemian wchodzimy w las a to wyłaniamy się z niego by oglądać majestatyczne widoki. Ścieżka zaczyna powoli wspinać się w górę, w pobliżu słychać delikatny szum strumieni, las sie zagęszcza, w oddali ginie warkot samochodów pędzących w stronę Łysej Polany czy Palenicy Białczańskiej. Po około godzinnej wędrówce przed oczmi otwiera się szeroka przestrzeń.To Rusinowa Polana. Chmury otulają widoczne w dali najwyższe szczyty Tatr. Siadamy na drewnianej ławie na krótki odpoczynek. Wyciągam konserwy i chleb. Jasiu otworzył już termos i nalewa pachnącą herbatę. Biegne tylko szybko do bacówki na skraju polany gdzie można skosztować oscypków robionych tradycyjnymi metodami z mleka owiec tutaj pasących się. Niewiele pozostało już takich miejsc w Tatrach. Wracam. Dziele sie z towarzyszem ciepłym jeszcze oscypkiem. Otwieramy konserwe i kroimy chleb. Posiłek z widokiem na góry w otoczeniu lasu, gór i owiec - czegóż więcej...
Z plecaków wyciągamy kórtki. Robi się coraz zimniej i wieje coraz większy wiatr. Może jednak nie będzie deszczu, ale nigdy nic nie wiadomo. Zakładamy plecaki i ruszamy. Po kilku minutach po prawej stronie, zza drzew wyłania się niewielki kościółek. To z tego miejsca czówa na góralami i tymi co przebywają w górach Królowa Tatr. We wnętrzu kościółka półmrok, cisza i zapach drewna. Doskonałe miejsce na na chwilę milczącej modlitwy...Kustoszami sanktuarium są ojcowie Dominikanie, którzy prowadzą tu również stację Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i małe schronisko gdzie za ofiarę można napić się herbaty gotowanej na piecu, a w razie potrzeby napewno przenocować. Inne to sanktuarium od tych znanych nam na codzień - cicho tu i spokojnie - można dosłownie usłyszeć tą cisze która tu panuje, choć są też dni, gdy i to miejsce staje się celem pielgrzymek i co roku rózwnież ożywa gwarem...
Siadamy na ławie przed kościółkiem i poprotu bez słowa patrzymy przed siebie, ciesząc się pokojem którym przynosi to miejsce. Pewnie już dziś w taką pogodę nikogo tu nie spotkamy.
Po chwili jednak dosiada się ubrany w robocze ogrodniczki starszy, niezbyt wysoki pan. Wygląda jakby był jednym z tych którzy pomagają tu przy renowacji i innych pracach na około sanktuarium. Spoglądając na nas uśmiechem rzuca wesołe: Szczęść Boże! Skąd jesteście? Odpowiadam że z Gdańska na co zdziwiony nieznajomy odpowiada: Przyjechaliście z Gdańska i nie przywieźliście mi wędzonego węgorza??? Wtedy dopiero przypomniały mi się opowieści naszego gazdy z Bukowiny o ojcu kustoszu sankturaim który to chodzi po „cywilu“ i rozmawia z turystami. Przepraszam ojcze, następnym razem napewno przywieziemy - odpowiadam szybko powodując zdziwienie na twarzy Jasia. Rozmowa trwa jeszcze przez chwile, ale zaczyna się robić późno a do Palenicy Białczańskiej gdzie udajemy sie jeszcze dzisiaj długa droga, więc żegnamy sie i ruszamy w swoją stronę...Po drodze tłumaczę Jasiowi kim był tajemniczy mężczyzna i dlaczego nie miał habitu. Otóż ojcowie z tego górskiego sanktuarium sami renowują i konserwują kościółek, budynki przyległe do niego oraz wszystko co znajduje się w pobliskim terenie. Ciężko byłoby pracować w białym Dominikańskim habicie i szybko by się pobrudził, a poza tym łatwiej rozmawiac i docierać do ludzi gdy wygląda sie tak jak oni - znika wtedy bariera świecki - duchowny którą odczówają czasami-choć niesłusznie - oby dwie strony. Przecież wszyscy jesteśmy tacy sami...
Wracamy na „Rusinkę“, jeszcze kilka zdjęć i schodząc na skraj polany zagłebiamy sie w las aby niebieskim szlakiem zejść do Palenicy z nadzieją na złapanie jeszcze dzisiaj busika do Bukowiny. Gdy wychodzimy z głębi lasu, zza ciemnych chmur wyłania się na chwile słońce...
Chyba jednak ujdzie nam dzisiaj na sucho...



Wiktorówki


 Rusinowa Polana


Czerwone Wierchy...
Jest środek zimy...
Za oknem schroniska na Hali Kondratowej wiatr porywa kłęby śnieżnych płatków. Zbliza się wieczór. Wychodzę, by jeszcze raz spojrzeć na ośnieżone szczyty Czerwonych Wierchów. Przy ścieżce ostrzegawcza tablica z czarno-zółta szachownicą i napisem „Lawiny!!!“ Zaczyna zmierzchać. Ostatni narciarze wyruszają w dół nartostradą przez Kalatówki do Kuźnic, a potem pewnie na nocleg do Zakopanego.

Przed pół rokiem, pod koniec czerwca było tu zupełnie inaczej. Też wieczorem patrzyłem na te same szczyty, lezące na polsko-słowackiej granicy. Rankiem wybierałem się w drogę. Dzwadzieścia kilogramów na plecy - wszystko, co moje, niosę z sobą - i w górę, coraz bardziej stromym podejściem na Kopę Kondracką (2005mnpm). Chwila na głębszy oddech. Spojrzałem na wschód, stęd zdawał się przytłaczać swą szarobłękitna powagą widok Tatr Wysokich. Po co Pan Bóg stworzył takie góry? Może po to by zamiast Niego uczyły nas pokory... Góry budzące zachwyt i tak strome, że niedostępne, pociągające, ale i czasem karzące śmiercią nieprzygotowanych i lekkomyślnych zdobywców. Spojrzałem na północ, tam gdzie wznosi się giewont, zwieńczony wysokim, stalowym krzyżem. Przypomniały mi się od razu opowieści kolegów ratowników, którzy mówili o kilkunastoletnim chłopcu z północy Polski. Przyjechał tu wraz ze szkolną wycieczką. Był maj, wszędzie było już ciepło i zielono, tylko w górach, które on widział pierwszy raz w życiu, leżał jeszcze topniejący śnieg. Noce bywały mroźne. Chłopiec ubrany był jak na lato, na nogach miał lekkie buty. Uczestnicy wycieczki dopiero w powrotnej drodze z Giewnontu zorientowali się, że kogoś brakuje. Na nawoływania ratowników górskich odpowiadała głucha cisza. Dopiero pod koniec czerwca , kiedy stopniały resztki śniegu, znalezione w rozpadlinie skalnej jego ciało. Okazało się , że musiał się pośliznąć na oblodzonej skale, wskutek upadku stracił przytomność, a potem w nocy zamarzł. Bywa, że góry uczą pokory w bardzo tragiczny sposób. Uczą rozwagi, umiejętności przewodywania, uczą wytrwałości i przezwyciężania zmęczenia. Ja sam ciągle „uczę się“ gór.

Po krótkim odpoczynku zarzuciłem plecak i poszedłem dalej. Najpierw w dół, by potem z przełęczy znów wspiąć sie na kolejny szczyt, Małołączniak(2096mnpm) i tak samo znów na Krzesanicę(2122mnpm), a potem na Ciemniak(2096mnpm). Widoki które rozpościerały sie dosłownie na około zapierają dech w piersiach, wyłonienie sie zza każdej skały dostarcza nowych emocjii - z jednej strony rozposcierajace sie niemal bezgraniczne widoki na najwyzsze szczyty Tatr, z drógiej strony widok na Polskę, na Zakopane, tereny przyległe a w dali na Beskidy, następny obrót i widok na piękno Słowackich Tatr Zachodnich z małymi wioseczkami w dolinkach. Tylko siadać i podziwiać i zachwycać się. No ale zaczeło robić się ciemno i trzeba było schodzić, do światła, do ludzi. Ruszyłem wśród piętrowo zagęszczającej sie roślinności do schroniska na Polanie Ornaczańskiej. Siadając nad talerzem zupy fasolowej iałem niemałą satysfakcję i pamięć ubogacona widokami nieskazonej jeszcze, dzikiej przyrody. Góry uczą pokory, nawet gdy jest się od nich daleko, budzą jakąś tęsknotę, jakby wołają i trzeba do nich wracać, choćby w zimie, gdy są jeszcze bardziej niedostępne...

Już zrobiło się ciemno. Wiatr gwiżdźe wśród oblodzonych skał. Trzeba wejść do środka, do schroniska, do ciepła, do przyjaciół...

 Czerwone Wierchy
All rights reserved. The authors retain all copyrights in any text, graphic images and photos and text in this website. No part of this publication may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording, or any information storage and retrieval system, without permission in writing from the authors. All copyrights by Tatry Action Team 2013